diarsowe dni, diarspasje, diars

czwartek, 30 grudnia 2021

Grudniowe podsumowania - "To był rok, dobry rok"

 Kończy się grudzień, kończy się rok...czas podsumowań nadchodzi. 

Grudzień to oczywiście Święta! Ale wcześniej długo się do nich przygotowywaliśmy. Dzieci z wielkim zaangażowaniem wykonywały codzienne zadania z kalendarza adwentowego:

 

Cieszyły się pierwszym śniegiem:

 
 

Prezentami od Świętego Mikołaja o świcie:

 

Organizowaliśmy wspólne podwieczorki przy kolejnych adwentowych świecach:

Wzięłam udział w akcji charytatywnej "Książka dla onkopacjentów - Rakiety", a Lidzia swoje książki zaniosła też do szkoły.

 

Tradycyjnie już przed świętami, Lidia jako przedstawicielka społeczności szkolnej odwiedziła mieszkającego samotnie Pana Bronka, który ucieszył się z kartki od dzieci, a także wzruszył drobnym upominkiem od Lidki:
 

 

Wysłałam też akcjową paczkę ze 110 kartkami świątecznymi i nie tylko dla chorych dzieci!


 Lidzia wspólnie z prababcią Lilą lepiła uszka:

 

I dekorowała u babci pierniczki kolorowymi lukrami:
  


A ja podzieliłam i udekorowałam swoje dojrzewające pierniki. Rozdałam je rodzinie i znajomym na świąteczne stoły:


 Dzieciaczki ubierały choinkę i śpiewały kolędy:

 

Całe święta minęły nam szybko i w miłej atmosferze. W przedostatnim dniu roku spotkałam się na kawie z przyjaciółką, bo o dobrych ludzi i relacje z nimi trzeba dbać!


Rok 2021 przywitaliśmy z Covidem... na kwarantannie świętowaliśmy 2 urodziny Bartoszka. W styczniu zostałam członkiem wspaniałego zespołu Klubu Twórczych Mam, w którym jestem do chwili obecnej. Dziewczyny są cudowne i tworzymy zgrany team! Dużo mi dało móc współtworzyć taki blog, mogłam znów coś robić, rozwijać pasje, pokazywać swoje zainteresowania, wrócić do czytania książek...Potem była choroba dziadka, który na szczęście pokonał przeciwników! Lidzia pożegnała przedszkole, w maju skończyła 7 lat i od września ruszyła w wir prawdziwej nauki. Łucja skończyła roczek, a w Wigilię postawiła swoje pierwsze kroki. Nikogo z najbliższych nie ubyło...nikt się też nie narodził 😉więc jest po równo. Kończymy ten rok zdrowi, razem, z nowymi nadziejami na piękny wspólny czas w 2022! Do Siego Roku!







wtorek, 30 listopada 2021

Listopad już minął...

 Listopad upłynął nam bardzo szybko i był miesiącem bardzo twórczym. Przyłączyłam się do Scrapmasu 2021, zabawy na blogu Asi Szulik, która trwała ponad miesiąc. W tym czasie stworzyłam wiele pięknych prac, które potem podaruję rodzinie i znajomym. 

Ponadto wkręciliśmy się całą rodziną w pomaganie! Wzięliśmy udział w wielu akcjach charytatywnych, m.in. "Podaruj Misia", "Paczuszka dla maluszka", "Prezent Mikołajkowy dla onko dziecka", gdzie robiliśmy paczkę dla 2 letniej Lilianki, ale nie tylko. Lidka była bardzo podekscytowana taką formą pomocy innym i chętnie uczestniczyła w każdej podjętej przeze mnie inicjatywie:


 

W listopadzie rozbujałam też na swojej stronie diarspasje akcję "Wylosuj Anioła", czyli kartkowania dla chorych dzieci z Oddziału Onkologii w Lublinie. Zainteresowanie tą formą pomocy przeszło moje najśmielsze oczekiwania! Wciąż przychodzą kolejne kartki...

 

Oczywiście był to czas tworzenia kalendarzy adwentowych, w tym roku powstało ich 5.

Dzieciaczki upiekły też swoje pierniczki:

Dla Bartusia było to pierwsze świadome pierniczenie, czym był nadzwyczaj zafascynowany 😃

Dla Lidzi był to czas wielkich zmian, musiała bowiem na poważnie zmierzać się ze zdalnym systemem edukacji. Początkowo była tym nieco zdezorientowana, ale szybko się rozkręciła i już po pierwszym dniu urządzała z koleżankami z klasy zdalne dyskoteki 😁

W tak miłej atmosferze przeleciało 30 dni.


wtorek, 9 listopada 2021

Nasz październik

 Za oknem szaro, buro, ponuro...choć jeszcze czasem przebije się słońce. A ja dziś postanowiłam, że będę tutaj robić takie małe miesięczne podsumowania. W sumie już dawno chodziło mi to po głowie, ale dopiero teraz wcielę to w życie...Po co? Dla "ocalenia od zapomnienia", dla dzieci, a może ot tak, po prostu!

Najważniejszym wydarzeniem miesiąca były pierwsze urodziny Lusi 💖 Nie obyło się bez tortu przygotowanego przez babcię oraz tradycyjnej dekoracji salonu:


 

Podczas przyjęcia mieliśmy też tradycyjną roczkową wróżbę, do której Lusia robiła kilka podejść. Ostatecznie można jednak powiedzieć, że wybrała książkę, choć po chwili chwyciła również nici 😁


 

Cała rodzina pomagała solenizantce dmuchać świeczkę na torcie:

 

 

A kilka dni wcześniej zrobiłam dla Lusi ramkę z odciskami stópek i rączek, która zawisła obok dwóch pozostałych.


 

Zrobiłam też w końcu metryczki dla mojej trójki, które równo jak należy zostały zawieszone na ścianie:
 

 

 

Nasza Łucja tuż przed pierwszymi urodzinami zaczęła samodzielnie stawać, co wprawiało ją w wielką ekscytację. 

 


 

Zaraz po roczku Łucji mieliśmy kolejne ważne wydarzenie- pasowanie na ucznia naszej Pierworodnej. Było bardzo wzruszająco i pięknie...aż dziw bierze, kiedy ta nasza Lidzia urosła? 


 

Dzieciaki trochę działały artystycznie, a Bartek zaszalał na całej linii, bo nauczył się nazw kolorów po angielsku!!! Mało który dwu i pół latek potrafi je odróżnić po polsku, a ten już klepie po angielsku 😍 Wszystko za sprawą oglądania traktorków na necie. Czyli "nie taki diabeł straszny..."

 
 

 

Wielką niespodziankę zrobiła mi też Iza, która na spontanie przyjechała, przenocowała i pomogła... Przegadałyśmy pół nocy, owaliłyśmy winko, a miłym wspominkom nie było końca! Każdej mamie na pełen etat potrzebny jest taki reset!

 


 

Jak zawsze troszkę kucharzyliśmy. Były przekąski z ciasta francuskiego na wyzwanie na blogu KTM, obowiązkowo jakieś racuszki oraz wafle, które samodzielnie zrobiła nam Lidka.

 

 

Korzystaliśmy z każdej cieplejszej chwili na świeżym powietrzu i dużo spacerowaliśmy:

 


Rozpętałam też kartkową burzę, a wszystko za sprawą akcji "Wylosuj Anioła". Zgłosiło się 40 osób z całej Polski, wysłałam specjalne pakieciki i teraz czekam na świąteczne życzenia dla małych onko pacjentów z Lublina, które poślę w świat w jednej paczce.

 

Tak po krótce upłynął nam piękny i słoneczny październik. Oby kolejne miesiące były równie udane! Do miłego!



piątek, 30 lipca 2021

"Życie zaczyna się po 40..."

Przeżyłam! Pierwszy dzień z czwórką z przodu. Czy różnił się od innych? Tak. Ilością wiadomości na moim telefonie. Oczywiście z życzeniami i serdecznościami. Postanowiłam w tym roku, że odblokuję na fejsie datę urodzenia, a co! W końcu 40 obchodzi się raz w życiu i żal by było nie dostać tylu wspaniałych życzeń. Wczoraj nie mogłam zasnąć, w sumie nic konkretnego nie robiłam. Siedziałam do godziny zero i czekałam. Przyszła. I nic. Nie było wielkiego bum! Po prostu położyłam się spać jako czterdziestolatka. A rano...

Przed 7 przytruchtał do mnie Bartek z wykiem, że nie chce już spać. Ileż się naprosiłam, aby był cicho bo Łucja śpi. Na nic. Po chwili koncertowali już w duecie. Bartek, że nie idziemy na dół, a Lusia, że nikt do niej nie zagląda. Ledwo żywa zwlokłam się z łóżka i poszłam do łazienki. Już miałam wkładać krótkie spodenki i wysłużony T-shirt, gdy puknęłam się w głowę, że to przecież taki wyjątkowy dzień i nie wypada chodzić w byle czym. Nie myśląc zbyt długo wyprasowałam sukienkę i zrobiłam delikatny makijaż. To nic, że zewsząd dobiegały mnie arie moich maluchów. Ja musiałam dziś wyglądać! Jeszcze tylko uśmiech i tak zrobiona zeszłam na śniadanie. Obiecałam sobie, że nikt i nic mnie dziś z równowagi nie wyprowadzi i nie popsuje mi tego dnia.

Na śniadanko dzieciaki zażyczyły sobie jajecznicę. Posłusznie spełniłam ich prośbę. Sobie zrobiłam tylko duży kubek kawki. Może to czas, aby pomyśleć o brzuchu i trochę o niego zadbać? Postanowiłam więc zacząć od zmiany nawyków żywieniowych. Dieta resztkowa będzie do tego stworzona. Sącząc kawkę, czekałam na niedojedzone śniadania dzieciaków, gdy rozległ się huk i kątem oka dojrzałam zawartość bartkowego talerza na podłodze. Bez słowa sprzątnęłam resztki jajecznicy z podłogi i usłużnie dorobiłam dziecku nową porcję. W międzyczasie nadmiar śniadania Łucji wylądował w centralnym punkcie mojej garderoby. No i sukienkę szlag trafił. Ten hafcik akurat nie był zbyt wyjściowy i niezbyt dobrze komponował się z całością. 

Po przedobiednim obchodzie okolicy odwiedziła nas babcia, abym ja mogła na spokojnie pojechać na duże zakupy do marketu, w którym honorują kartę dużej rodziny. Po prawie godzinnych zakupach z ulgą na sercu wreszcie dotarłam do taśmociągu. Gdy byłam tuż przy kasie coś zadrżało, coś piknęło, a w oczach ekspedientki dojrzałam przerażenie. Awaria systemu! "Ciemność, widzę ciemność" - wołały przerażone do nausznych słuchawek. "No to jestem w czarnej du..." - pomyślałam. Tyle straconego czasu. A znalazłam wszystko, czego potrzebowałam i zajęłam swoimi zakupami cały taśmociąg. Wszystko na marne! Po minucie pojawił się jakiś spec w spodniach na szelkach i z kluczem w dłoni i odblokował dwójkę. "No niech to kule biją!" , jakby powiedziała moja babunia. Ja stoję przy jedynce. Pani co chwilę zerka to na mnie, to na czarny ekran i delikatnie daje mi do zrozumienia, żebym pakowała z powrotem to, co przed chwilą wywaliłam z wysiłkiem na taśmę i zmieniła numerek, bo ona nie wie, "czy jej to się wczyta i czy jej to pójdzie". Chcąc nie chcąc pakuję z powrotem prowiant do wózka i gdy już mam włączać kierunkowskaz w prawo, pani z dwójki uprzejmie informuje, że jej się serwer zawiesił i płatność tylko gotówką! No mnie się gotówka nie bardzo trzyma, więc rzadko jest moim portfelowym gościem. Bankomatu oczywiście przy tym sklepie nie ma. Pytam więc pani z jedynki, czy mogę zostawić wózek z zakupami i jechać po gotówkę? Otrzymuję zgodę. Już mam przekraczać ruchome drzwi, gdy pani z jedynki woła na cały sklep: "Pani z DUŻYMI zakupami i kartą DUŻEJ rodziny już może płacić kartą w jedynce"!!! Odwracam się więc z gracją od drzwi wyjściowych i z podniesioną wysoko głową, w blasku fleszy sklepowych i podążających za mną oczu licznie nagromadzonych klientów, zmierzam do zostawionego wózka. To mój dzień! W centrum uwagi! Tak, tak! To dziś kończę 40 lat! 

Po powrocie do domu i rozpakowaniu tych nieszczęsnych zakupów trzeba zwolnić babcię. Zostaję więc koniem pociągowym. Przywiązuję grubą linkę jednym końcem do małego traktorka, na który już zdążył wgramolić się Bartuś, a drugi koniec zaciskam na rączce luśkowego wózka. I wio! Ruszamy! Kilka rundek po naszej ulicy wystarczyło, aby wzbudzić sensację i poczuć mięśnie łydek. Nawet przez chwilę pomyślałam, że to świetny sposób na ukształtowanie nóg...ale tylko przez chwilę.  Wyczerpana i zadyszana usypiam małą i zabieram się za przygotowanie urodzinowego obiadu dla rodziny. Skoro wczoraj upiekłam sobie torcik bezowy, a dzieciaki odśpiewały już gromkie "Sto lat!", to bez obiadu trochę lipa. Obiadek przebiegł w uroczystej atmosferze, były piękne kwiaty i życzenia...Po sutym posiłku zerkam kątem oka na wszechobecny bałagan i już mam łapać za odkurzacz i ściereczkę , gdy ktoś puka do drzwi....Pędzę otworzyć...No i przyszło OPAMIĘTANIE! Przecież to mój dzień, po co go psuć tym, co zawsze? Jutro nadrobimy, bo "Życie zaczyna się po czterdziestce!", a dziś jest teraz, nie po! 😂 

 Sto lat!

Pozdrawiam wszystkich, którzy jak ja oswajają nowe cyfry 😉 Diana


środa, 23 czerwca 2021

Tato...

 "Każdy może być ojcem, ale tylko ktoś wyjątkowy zostaje tatą..." 

Taka nostalgiczna myśl mnie ogarnęła w tym pięknym dniu, Dniu Ojca. Może dlatego, że sama nie mam Ojca ponad 15 lat i tak naprawdę miałam Go tylko krótką chwilę...a może dlatego, że myśląc Ojciec widzę mojego Piotrka. 

 
Kiedy się poznawaliśmy, czasem przemykało mi przez głowę jakim będzie Tatą. Potem po ślubie często o tym myślałam i widziałam, jak bardzo pragnie nim być. Dążył do tego może nawet bardziej niż ja. Bo kiedy już straciłam nadzieję na dziecko, On ocierał mi łzy i nie pozwalał wątpić. To Jego siła, determinacja i ta wielka chęć posiadania sprawiły, że uwierzyłam. A potem pojawiła się Lidka. Jego "Mała Didi", "Suzi Quatro", Lidzia...Oczko w głowie. Oszalał na Jej punkcie. Kiedy po raz pierwszy Ją zobaczył powiedział, że ma tylko jedno marzenie, aby była dobrym człowiekiem...rozczulił mnie wtedy swoim wyznaniem. Kiedy ja wątpiłam, On spełniał się w roli Ojca stuprocentowo. Wstawał, nosił, kołysał, karmił, zmieniał pieluchy, kąpał. Uczył się bycia Tatą. Nigdy mnie nie zaszufladkował. Obowiązki rodzicielskie wypełnialiśmy na równi, a może On zrobił więcej...Nie dziwiło mnie więc wcale, gdy pierwszym słowem naszej pierworodnej było "Tata", które powtarzała jak mantrę od pierwszych miesięcy życia. To Tata najpierw kładł Ją na podłodze, potem już sadzał i grał na gitarze, a ona podekscytowana stukała w pudło i wołała "tajo"! To Tata kupił jej pierwsze plastikowe narzędzia i zabierał ze sobą na "chuchę". To Tata nauczył ją jeździć na hulajnodze i na rowerze i wykazywał się przy tym anielską cierpliwością do ciągłego podbiegania wte i wewte. To Tata nauczył ją wszystkich podstawowych modlitw, choć wszyscy wokół mówili,że matka nauczycielka ją szkoli. To Tata pokazał jak prawidłowo kreślić literki, wycierał po raz enty krzywo postawiony ogonek. Nie dawał taryfy ulgowej. To Tata kładł nieustannie na talerzu wszystko, co było ble, aby po jakimś czasie usłyszeć, że to jest pyszne lub co najmniej zjadliwe. To Tata nauczył gry w warcaby i karty, grał w planszówki, układał puzzle i klocki Lego. Kąpał do piątego roku życia, mył głowę, rozczesywał i suszył długie włosy. To Tata był jej pierwszym fryzjerem, który z chirurgiczną precyzją ściął włoski na tzw. garnek😂To Tata czytał w ciągu dnia i przed spaniem. Po pracy zawsze brał na ręce i podrzucał, przytulał i całował, pytał jak minął dzień. W czasie choroby spał przy łóżku lub niósł na rękach na nocny dyżur. Bawił się w Ciuciubabkę i lalkami Barbie, organizował dyskoteki w salonie.  Zawsze miał czas...na wygłupy, na zabawę, na mądre rozmowy. A Lidzia wpatrzona w Niego jak w obrazek chłonęła jak gąbka wszystko, co jej przekazywał i kiedy wracał zmęczony po pracy, otwierała swoje małe ramiona i biegła co sił na spotkanie z Tatusiem! Takim, który nie odtrąci, nie ominie, nie zlekceważy. Tatą Piotrkiem, któremu dziś zwierza się ze swoich sekretów, wchodzi na kolana, zaciska ręce na szyi tak mocno, jakby przez to chciała powiedzieć: "O tak mocno, tak mocno Cię kocham". Tatą, z którym dziś drze koty, kłóci się i obraża, tylko po to, aby po kilku minutach przeprosić i wgramolić na plecy. Tatą, o którego wciąż pyta pod nieobecność. Z którego zdaniem liczy się najbardziej, bo choć mama się zgodzi, to trzeba jeszcze pójść zapytać tatę. Tatą idealnym: kochającym, oddanym, troskliwym, odpowiedzialnym i spokojnym, ale również wymagającym, konsekwentnym i stanowczym. Takim, przy którym dzieci się śmieją, a nie drżą, szaleją, a nie stoją na baczność, rozmawiają, a nie trwają w milczeniu. Takim, który kocha i uczy miłości, szanuje i uczy szacunku, buduje autorytet na lata. Taki jest Tata moich dzieci i to zachowanie powiela już po raz trzeci. Z roku na rok jakby bardziej, mądrzej, dojrzalej wypełnia rolę Ojca. Swoją miłość i oddanie musi dzielić teraz przez trzy, ale nigdy nie faworyzuje, nie daje powodów do zazdrości, nie porównuje. Po prostu kocha! Pokazuje też dzieciom czym jest praca i to, że nie zaboli go ręka od odkurzacza, umycia talerza czy podłogi. Bardzo mi pomaga we wszystkich domowych czynnościach, ale najbardziej...przy dzieciach. A jak Go wspomną w dorosłości? Co Im utkwi w pamięci? Jego troskliwe oczy...łagodny uśmiech...spokojny głos...ciepłe dłonie...silne ramiona...spontaniczne zabawy...czułe gesty? A może jeszcze coś innego, o czym nawet ja nie mam teraz pojęcia? A co zapamięta On, Tato? Może te noski przyciśnięte do szyby i czekające w skupieniu na pojawienie się "horda" przed domem? A może tę wielką, głośną, euforyczną radość, gdy wreszcie stanie w drzwiach? Kręcenie się w kółko, bieganie, skakanie i nieustanne wołanie: Tata, Tata! Niekończące się opowieści, o tym co się dziś wydarzyło i to pokazywanie, wszystkiego: nowy rysunek, tatuaż, zadrapanie, siniak, siku w sedesie......? Gdzieś kiedyś przeczytałam, że "To właśnie ojcostwo najlepiej definiuje naturę i tożsamość mężczyzny. I to ono najbardziej uwypukla jego najlepsze cechy" i zgadzam się z tymi słowami w 100%! Uwypukliło...Pozdrawiam wszystkich Tatusiów! Diana


czwartek, 27 maja 2021

Taka Ja - Mama

"Wstajesz wcześnie ze słońca wschodem
i jak słońce nad domem świecisz.
I jak słońce, które ogrodem
idzie - krzątasz się pośród dzieci.
Twój to promień świeci nad kuchnią,
to nad chlebem, nad szklanką mleka.
Nawet kiedy czasem mi smutno,
gdy Cię ujrzę to się uśmiecham.

Kiedy idę do szkoły rano, 

Ty mnie żegnasz czuła i dobra.
Ty mnie głaszczesz swą spracowaną
ręką , kiedy wracam na obiad.
Ja wiem, Mamo, wiem, ile troski
w każdy dzień, chwilę włożyć trzeba –
Ile pracy, aby z gałązki
wielkie, piękne wyrosły drzewa." 

 -Mamo, jakie jest Twoje marzenie? - Powiedz, a ja sprawdzę czy się spełni, tylko znajdę dmuchawca. O, tam są ! Już możesz mówić. To jak? ....

Jesteśmy na spacerze, jak zawsze bawimy się w przyjaciółki. Mamy wymyślone imiona, wiek, różne zwierzątka. Zawsze z nami idą też dwa konie, na które czasem wskakujemy i galopujemy przed siebie. Jak łatwo poddać się tej chwili. Nasza ulica jest pusta, przy lesie galopujemy najszybciej, potem trochę zwalniam, na wypadek, gdyby jednak któryś z sąsiadów pojawił się znienacka i dojrzał mnie skaczącą z wózkiem. Te chwile są tylko dziewczyn. Przy chłopakach o tym nie wspominamy. To taki nasz mały sekret. Spacerowy rytuał. Jak niewiele trzeba, aby uszczęśliwić dziecko. Stworzyć obraz idealnej mamy. 

- Kocham Cię najbardziej na świecie, wiesz? To jak z tym marzeniem, przypomniałaś sobie?

Jeszcze kilka lat temu padło by pewnie banalne SPA, a może ciepłe kraje? Wieczór z koleżankami przy winie...

-Chciałabym, żebyście byli zdrowi.

W głowie mam pustkę. Tylko tyle i aż tyle. Nic innego nie przychodzi mi na myśl. Próbuję wysilić mózg ze wszystkich sił. Na nic. Jedyne marzenie. Żeby byli zdrowi. Złość ogarnia moje wnętrze. Jak to? Ja nie mam marzeń? Przecież tyle rzeczy bym chciała jeszcze zrobić, zobaczyć. Czemu nie potrafię ich wypowiedzieć? Codziennie się zaklinam, co to nie zrobię jak porosną, jak będę wypoczywać, gdzie pojadę, co zwiedzę, a dziś przy dmuchawcowej wróżbie nie mam marzeń. Przyjaciółka patrzy na mnie dziwnym wzrokiem. 

- Tylko to? 

Zdmuchuje puchate igiełki. Unoszą się w różnych kierunkach. Zostaje okrągła czapeczka.

- Spełni się! A to znasz...dziadek, czy babka? 

Pewnie, że znam. Najlepsza łąkowa zabawa, zaraz po jedzeniu kwaśnego szczawiu prosto z pastwiska. 

Wracamy do domu. Po podłodze walają się porozrzucane zabawki, których już nikomu się nie chce sprzątać na kilka minut. Znów bajzel, a wystarczyłoby je tylko wrzucić do pudełka. Dom to nie muzeum, nie musi lśnić. Słyszałam wielokrotnie od koleżanek. Głównie tych z jednym dzieckiem lub z takimi podhodowanymi, co to już zapomniały jak to było przy niemowlętach.  Nic nie poradzę, że ja lubię mieć czysto. Nie jeżdżę codziennie na szmacie, ale czysta podłoga, to dla mnie czysty dom. Chociaż dziś mogliby się trochę postarać i  uprzątnąć. Przynajmniej w Dniu Mamy. Naczynia też uciekają ze zlewu, a przecież wystarczy je tylko włożyć do zmywarki. Tak...tyle mam udogodnień: zmywarka, suszarka, roomba. Z nimi nic już nie muszę robić. Cuda techniki...Nastawiam wodę na poobiednią kawę. Już czuję jej smak. Wypiję gorącą, póki maluchy śpią. Ale najpierw zrobię szybko coś na obiad, bo jak Bartuś wstanie to na pewno zechce jeść. Z nim nie ma problemu, zje co mama ugotuje i zawsze to jest "mmm...pycha". Po ogarnięciu sprawy obiadu, w myśli wciąż kawa. Nie lubię pić w kuchni, na szybko, na stojąco. Chciałabym pocelebrować. Choć dziś. Nastawiam wodę po raz drugi, ale mimo kawowych myśli, nie sięgam po kubek, ani słoik z kawą, ani mleko. Gwizd czajnika budzi Łucję. To była krótka drzemka. Dziecko domaga się jedzenia. Wkłada rączki do buzi, głośno pokrzykuje. Jedną ręką zakręcam gaz, a drugą odpinam szelki w spacerówce. Przewijam, karmię, odkładam do bujaka. Zadowolona bawi się grzechotką. Moja ręka znów wędruje w stronę kuchennego kurka. Z góry dochodzi nagły stukot. To Bartek już jedzie gdzieś swoim łóżeczkiem. Sprowadzam synka na dół. W międzyczasie Lidia zdążyła już zgasić gaz. Patrzą na mnie dziwnie błyszczące oczy. Czerwone policzki. Nie chce jeść. Nawet czekoladki. Temperatura. Załamka. Znów jakaś choroba. Odechciewa się wszystkiego. Ciszę przerywa marudzenie, płacz, kwilenie, gaworzenie, krzyk, mamanie, to nie - tamto nie, gwizd czajnika.......łapię się za głowę. Chowam twarz w dłoniach. Muszę się wykąpać. Tylko kilka minut, pomyśleć. Zostawiam dzieci z tatą. Wychodzę. 

-Mama???

- Zaraz przyjdzie. 

I przyszła. Odrodzona, jak Feniks z popiołów. Zmyła ten dzień. Taki piękny, niezwykły, inny, bo Dzień Matki. A jednak typowy, sztampowy, codzienny...ciężki. Jest gotowa na nieprzespaną noc. Noc w gorączce, potach, chodzeniu, zaglądaniu, macaniu, nasłuchiwaniu, pikaniu, odmierzaniu...Noc Matki. Na kawę już za późno.

Od kiedy zostaniesz Mamą, nie prześpisz spokojnie żadnej nocy. 

Zawsze już będziesz na tej warcie, bo bez Ciebie ani rusz. Będziesz jedyna i niezastąpiona, cały Wszechświat, pępek świata i będzie Ci z tym cudownie! Mimo chwilowej niemocy, goryczy, złości, żalu, bezradności, wyzucia, pozbawienia wolności i znajomości....A Twoje ręce uleczą najlepiej. Ugłaszczą, utulą, ukoją. Ręce Mamy. Tej bez marzeń, albo marzącej o spokojnym śnie, o filiżance gorącej kawy. Ręce Mamy, chłodny kompres na gorącym czole. Ręce Mamy, tej zatroskanej, wpatrzonej w Ciebie jak w obraz. Ręce Mamy, szorstkie od detergentów, lekko zmarszczone, z krótko obciętymi paznokciami. Czyste. Najdroższe. Dziś rozumiem. Dziękuję Ci Mamo! Za Twoje ręce, że nadal są 💓

"Mama ma teraz dziesięć rąk i wszystkie są nagle zajęte.
Odstawia szafy, ściera kurz, rozmawia z każdym sprzętem.
Wyciąga stare rzeczy, które trzeba odświeżyć,
pierze brudy, bo kąpiel już im się należy.
Zmywa naczynia tarmosząc garnki za uszy,
prasuje i pod suszarką głowy nam mokre suszy.
Mama ma teraz dziesięć rąk i wszystkie są bardzo zmęczone.
Muszę im dodać trochę sił i wziąć je w swoje dłonie"...

 

 

niedziela, 25 kwietnia 2021

Niedziela rosołem pachnąca

Jest niedziela. Piąta czterdzieści rano. Schodzimy z Lusią na dół. Najciszej jak to możliwe, aby jej gaworzenie nie zbudziło pozostałych. W prawej ręce niosę  odwrócone tyłem dziecko, pod pachą trzymam telefon, brodą podtrzymuję smoczek i swoje okulary. Muszę się zabrać na raz, bo nie chce mi się ponownie pokonywać w górę piętnastu schodów. W lewej ręce pod pachą niosę poduszkę do wózka. Dłoń została pusta. Służy do przytrzymywania poręczy na schodach. Tak na wszelki wypadek, gdybym jednak jeszcze nie była do końca obudzona. 

Powoli, ospale odsłaniam roletę w kuchni. Wyjście na taras. Zapowiada się ładny, kwietniowy dzień. Szkoda, że nie mam kuchni od wschodu, mogłabym napawać się co dzień barwami wstającego słońca. Przy pierwszych łykach dość słodkiej kawy obmyślam plan dnia. Dopiero szósta? Szkoda czasu na myślenie. Zdążymy ugotować rosół, zanim reszta wstanie! Jak w każdym szanującym się polskim domu. W niedzielę i u nas będzie rosół. Jak to dobrze córeczko, że taki ranny ptaszek z Ciebie! Na niedzielne śniadanko będzie pyszny, pożywny, zdrowy rosołek!

Nagle moją euforię przerywa myśl o makaronie. Tym domowym, który mama zawsze gniotła do rosołu. Wstawała wcześnie rano i gniotła. Potem wałkowała placki, kroiła w paski i wreszcie spod jej zwinnych palców wychodziły długie, cienkie kluseczki. Podsypywała je obficie mąką i podrzucała na stolnicy. Do dziś mam przed oczami ten sielski widok. Dziękuję Ci Mamusiu za niego. Za Twoje poranne pobudki i ten niedzielny rosół. Za Twoją obecność w kuchni, kiedy zaspane przychodziłyśmy na śniadanie.  Dziś już mało kto robi taki makaron, zwłaszcza w niedzielę o świcie. 

A co jeśli nie mam w zapasie kupionych klusek do rosołu? Nie spojrzałam, a rosół już zaczyna bulgotać na palniku. Może zrobię niespodziankę mojemu mężowi i zagniotę makaron? 

Ależ byłby szczęśliwy. Wstaje około dziewiątej, wchodzi do kuchni, a na stole stoi talerz ze świeżym rosołem, takim najlepszym, sprzed chwili, a w nim pływają leniwie domowe kluski! Takie, co czuć pod zębami! Taka żona to skarb! Jak dobrze, że się ze mną ożenił te 15 lat temu.  Podchodzę szybko do szafki kuchennej, przegrzebuję wszelkie dostępne suche produkty. Jest! Dwujajeczny, domowy. Trudno. Będzie musiał być taki. Drobny, cienki, uciekający spod zębów. Uff! Wzdycham pod nosem i czuję ulgę. Jeszcze aż tak nie skwoczałam, aby po ciężkim tygodniu pracy, w „wolny” dzień o szóstej zakładać fartuszek z falbanką i kroić kluski. Dzięki Ci Panie za dwa plus jeden gratis w biedrze. Nagle moje promocyjne rozważania przerywa krzyk Lusi, do tej pory słodko gaworzącej w bujaku. Przechyla głowę na bok, trze oczy, jękliwie mnie przywołuje. Ewidentnie chce spać. Szósta dwadzieścia.  Już się nabawiła, teraz pora na drzemkę. Nie można było tak od razu powiedzieć, na górze? „Mamo, ja się tylko kilka minut pobawię tą grzechotką i zaraz sobie grzecznie zasnę, a ty będziesz mogła pospać jeszcze”.

W prawej ręce na zmianę trzymam kubek z kawą i stukam w klawiaturę komputera, lewą kołyszę Luśkę. Gotujący się rosół zaczyna zaznaczać swoją obecność. Pachnie na całą kuchnię. Parujemy. Włączam wentylator. Szum na dobre usypia dziecko. Dzięki Ci Panie za misia szumisia, który ratuje mnie nocą. Wentylator też fajny. Oczy lewitują. Otwierają się i zamykają na zmianę, aby za chwilę na dobre odpłynąć. Na ile? Kto wie?

 Kawka wypita. Może by teraz poczytać książkę? Jedną z czterech rozpoczętych…

W kuchni leży „Dziewczyna z fotografii” Anny Olszewskiej. Tak na przerwy między zamieszaniem, doprawieniem, odczekiwanym czasem. W jadalni, na kredensie „Zamek z piasku” Magdy Witkiewicz. Gdyby przypadkiem udało się przy poobiedniej drzemce na chwilę wyciągnąć na kanapie w telewizyjnym. Jeśli oczywiście poobiednie drzemki Bartka i Lusi się skumulują, lub w tym momencie Lidzi nie trzeba będzie pomóc w jakiejś pracy domowej, albo zwyczajnie w świecie ją wyprzytulać. Akurat teraz, kiedy maluchy śpią, a mama jest cała dla niej. 

Trzecia „W domowej niewoli” Sameem Ali jest w sypialni. Zaczęłam ją czytać, gdy leżałam w szpitalu na patologii. Pewnie już by była skończona, gdyby nie nagły poród, a potem to już wiadomo. Noworodek i dwójka starszych w domu. Leży. Otwieram ją czasem i dozuję. Chcę ją przeczytać. Książka ta należy do takich, że choćby się do niej wracało po pół roku, to i tak pamiętasz, co było wcześniej i nie musisz czytać ponownie tego, co było zanim włożyłaś zakładkę. Także Sam ze swoją historią wciąż czeka. I wreszcie czwarta nadpoczęta jak moje codzienne śniadanie. „Gorzka pomarańcza” Nadii Hamid. Pierwsza z trzech części, które zamówiłam. Czeka w pracowni. Jest lekiem na obolałe plecy. Kiedy siadam do kartek i ku wielkiej rozpaczy stwierdzam, że ogarnia mnie niemoc twórcza, a ból kręgosłupa lędźwiowego lub mgła pocovidowa opanowują mój umysł i ciało, wtedy kładę się na kanapie i sięgam po ten lek. Jak dobrze jest wyprostować się choć na chwilę! Błogostan do tego stopnia zaczyna mnie opanowywać, że po kilku przeczytanych stronach, powieki robią się zbyt ciężkie, aby udźwignąć więcej liter. Chwila dla mnie. Cisza. Sen…Hm, czy można to tak określić? Zostańmy przy chwili. 

Staram się je celebrować. Te dla siebie. Czy jestem złą matką? Egoistką? Może niektórzy pomyślą, że tak. Bo przecież rola matki malutkich dzieci nie polega na stukaniu w klawiaturę, blogowaniu dla własnego widzimisię, papierowej dłubaninie czy marzeniu o czytaniu książek i śledzeniu innowacyjnych ofert w edukacji. Tym bardziej nie polega na uciekaniu od dzieci, kiedy tylko nadarzy się okazja, zamykaniu się w swoim pokoju z kubkiem kawy i bezczynnym siedzeniu w milczeniu. Gapieniu się kilkanaście minut w tą kawę i za okno. Myśleniu o niczym. Upajaniu się …ciszą. A po tych samotnych minutach schodzisz z naładowanym akumulatorem z powrotem do swojej gwarnej czwórki i słyszysz ulgę w ich głosach „Mamo, jesteś! Gdzie byłaś tak długo?”. Jakby mnie nie było z nimi co najmniej pół dnia.

Tak. Rola matki to dawanie im poczucia bezpieczeństwa, że zawsze stoisz na straży, że jesteś we właściwym miejscu, w którym lubią Cię najbardziej oglądać. Tam jest tyle dobroci, ciepła i serca. I tyle pracy. Ale jest mama. Wpisana w ten obraz ich dziecięcego świata. To ona przy śniadaniu wstanie po raz nasty, zanim doje swoją kanapkę, a herbaty nigdy nie zdąży dopić… 

Bo po śniadaniu jednemu chce się siku i trzeba szybko szukać nocnik, a to pilot od telewizora gdzieś zaginął, a akurat lecą „Domisie ”i płacz, że bez „Domisi” siku nie będzie, a to drugie już się zaczyna kręcić i wiercić, bo pieluszka pełna i mama dawno nie nosiła na rączkach, a trzecie, choć już całkiem duże, (gdy ma wolne od zerówki lub akurat ogłosili kolejne obostrzenia) podsuwa ci pod nos dobble, niedoczytaną książkę lub nowy numer „Świerszczyka, bo też potrzebuje uwagi i zabawy i czasu…choć już całkiem duże. Rola matki. Zawsze dyspozycyjna, oddana, obecna. Przyjdzie, podejdzie, przyniesie, przeniesie, doniesie, zaniesie, odniesie, wyniesie, zniesie, niesie, esie, sie, e….

Niedziela. Dziewiąta. Siedzimy przy stole, jemy rosół. Niespodzianka się udała! Świeży rosół, tak rano? Parzący w wargi, pyszny i pożywny.

 Śniadanie jak kiedyś, z dzieciństwa, gdy jeszcze żyła mama. Tylko ona zawsze gniotła makaron, taki co było czuć pod zębami. Kiedyś wszystkie mamy gniotły, wałkowały i kroiły kluski…Mój mąż zamyśla się na chwilę. Zjada pełny talerz i bierze dolewkę, jak kiedyś, gdy jeszcze żyła mama.  Jak dobrze, że się ze mną ożenił te 15 lat temu.

Czy i ja kiedyś będę takim makaronowym wspomnieniem? Myślę, że tak. Kiedy dzieci podrosną, a ja zatęsknię za pobudką o piątej czterdzieści w niedzielę. Wtedy wstanę i nagniotę im domowego makaronu do wspomnień!

Błogosławionej niedzieli Wam życzę kochani! Diana

 

Chcę Ci rzec coś, kochana...

Chcemy Ci rzec coś, kochana! Dzisiaj, jak co dzień rano, zerwałaś się do pracy. Wstajesz tak wcześnie, Mamo, o świcie, niby ...